
Drewniane domki zatopione w zieleni, poranna kawa w ogródku i śpiew ptaków zamiast klaksonów — trudno uwierzyć, że to wszystko dzieje się w samym sercu Warszawy. Osiedle Jazdów, zbudowane tymczasowo w 1945 roku, żyje pełnią życia już od blisko 80 lat. I choć przez chwilę wydawało się, że przegra z betonową logiką miasta, dziś jest jednym z najbardziej niezwykłych miejsc stolicy.
Tymczasowość, która przetrwała
Osiedle powstało tuż po wojnie, z domków fińskich przekazanych w ramach reparacji. Miały służyć jako mieszkania dla pracowników odbudowujących zrujnowaną stolicę. Z założenia — tylko na chwilę. A jednak dziś, po niemal ośmiu dekadach, część tych domków nadal tętni życiem. To nie są zabytki do oglądania zza szyby — to żywe domy z kuchnią, kominkiem, piwnicą i historią każdej z rodzin.
Pani Majka mieszka tu od 1976 roku. Zimą dogląda dachu i pali w kominku, latem siada w ogródku z kawą — bez potrzeby wyjazdu za miasto. Pan Marcin trafił tu przez żonę, a został na dobre, wkładając ręce w każdą rynnę, belkę i skrzypiący zawias. – To nie jest miejsce dla tych, którzy chcą tylko mieszkać. Tu się pracuje, dba, pielęgnuje. A potem przychodzi lato – i wszystko się zwraca – mówi z uśmiechem.
Miejsce między dwiema Warszawami
Na Jazdowie rzeczywistość rozdwaja się jak Trasa Łazienkowska: z jednej strony mamy beton, politykę i ambasady — z drugiej ogródki, altany i wspólne grille. Choć przez moment wydawało się, że logika prestiżu wyprze logikę życia, protesty mieszkańców i organizacji społecznych uratowały osiedle przed zrównaniem z ziemią. Dziś część domków zajmują fundacje i inicjatywy edukacyjne — działające w rytmie natury, w cieniu stuletnich drzew.
Fundacja Odjazdów prowadzi tu zajęcia dla dzieci – bez dzwonków, bez ławek, za to z drewutnią i narzędziami. Ich opiekunka, Monika, mówi o miejscu mocy i porównuje Jazdów do Bieszczadów w wersji miejskiej. Może to przesada, ale w stolicy, gdzie zielone enklawy znikają szybciej niż się pojawiają, to porównanie nabiera sensu.
Domy, których nie wolno mieć na własność
Choć Jazdów przetrwał pierwszą falę presji, mieszkańcy nie czują się do końca bezpieczni. Ich domy to formalnie mienie komunalne. Bez prawa własności trudno inwestować, remontować, planować. Bez pewności – trudno oddychać pełną piersią, nawet jeśli powietrze pachnie żywicą i rozgrzaną ziemią. Niektórzy, zmęczeni, skorzystali z propozycji przeprowadzki. Inni zostali — jak Majka i Marcin — i płacą więcej niż niejeden apartamentowiec za przywilej bycia tam, gdzie cisza ma wartość złota.
Mieszka tam już tylko sześć rodzin. Reszta to nowi mieszkańcy — ci, którzy nie przyszli po spokojne życie, ale po przestrzeń do działania. Czy da się to pogodzić? Na razie tak. Choć – jak mówią mieszkańcy – trzeba być czujnym. Warszawa lubi zmieniać zdanie.